poniedziałek, 1 grudnia 2014

02. Drug friend

            Zgodnie z planem zaczęło się od domówki u nas. Przyszły moje koleżanki i wspólni znajomi moi i mojego współlokatora. Start ok. 21, wszyscy w pozytywnych nastrojach. Trochę popiliśmy, strzeliliśmy parę „selfies” i, tradycyjnie, grupowe zdjęcie. Na miasto wyruszyliśmy dość wcześnie, właściwie można by powiedzieć, że tym razem nie była to domówka, a before. Ok. 23:30 zamówiliśmy taksówki i pojechaliśmy do SQ. Kolejka była ogromna, więc zarządziłam spacer do Opcji, bo znając życie i tak za chwilę ktoś wpadłby na pomysł, żeby opuścić SQ (ostatnio klub zalicza spadek formy) i przenieść się tam.
Opcja chyba zyskała ostatnio dobrą sławę, bo kolejka była jeszcze większa niż w SQ - od drzwi wejściowych po samą bramę. Zwinęłam więc najlepszą przyjaciółkę, której wszystko było już jedno, do Czekolady, gdzie weszłyśmy bez kolejki. Na dole jak zwykle pełno ludzi, większość młodziaków. Do góry trochę lepiej. Ze znajomych, byli tylko pracownicy klubu. Wypiłyśmy parę piw, potańczyłyśmy, ale ja nie miałam za dużo energii. Jak zwykle w imprezowym amoku zaczęło się szukanie znajomych, którzy mogliby „coś” mieć. Daleko szukać nie trzeba było, M. czekała na nas w SQ. Miałyśmy być za 15 minut, ale oczywiście po drodze musiałyśmy zahaczyć o milion pięćset sto dziewięćset miejsc (każdy, kto kiedykolwiek czekał na pijanych znajomych, wie doskonale o czym mówię, 15 minut zawsze trwa co najmniej godzinę). Wciągnęłyśmy pizzę w jednej z knajpek. Tam też mamy już znajomych. W końcu ruszyłyśmy się do SQ, drogi dokładnie nie pamiętam, wiem tylko, że dzwoniła do mnie W. A może to ja dzwoniłam do niej? Mówiła, że wraca właśnie do domu, co dla nas było oczywiście ogromnym zaskoczeniem, no bo jak można kończyć imprezę chwilę po drugiej w nocy?! Widać niektórzy mogą. Ale nie my. W SQ nie było już kolejki, choć w środku wciąż spory tłum. Za szatnię nie płacimy. Szybko znalazłyśmy M. w damskiej toalecie. Wszystko co miała zdążyła już wziąć sama, ale zaraz skombinowała coś nowego. W pakiecie z kolegą. Widzieliście kiedyś grupę mieszaną wchodzącą do damskiej, a częściej do męskiej toalety? Na pewno tak. Nie, oni nie chodzą tam wszyscy razem na siku. Na seks też raczej nie (chociaż, kto wie?) Wchodząc wpadłam na A. „Ooooj, Kochana!” – pogroził mi palcem. Hipokryta. Spotkałam go jeszcze później w damskiej łazience, gdzie przyszedł ze swoją nową „dziewczyną”. On podobno nie bierze nic od trzech tygodni (ale sukces…) A dziewczynę poznał dwa tygodnie temu i jest z nią jeden dzień. Brzydka jak noc. A on… więcej niż idealne ciało, ładna twarz i bardzo dobre wychowanie. Co te narkotyki robią z ludźmi… Odbierają wzrok? Takich osób najbardziej mi szkoda. Chłopak mógłby bardzo wiele osiągnąć. Z jego twarzą i ciałem może bez problemu reklamować bieliznę CK. Ale zamiast tego, zatraca się co weekend w klubach, olewając zajęcia na uczelni. Zamieniłam z nim parę zdań. Jak zwykle włączyły mi się „dobre rady naćpanej koleżanki o tym, jak nie ćpać”.
Cztery osoby w jednej kabinie wcale nie wyglądają podejrzanie… Najbardziej bawi mnie wzrok kolesi, którzy akurat sikają do pisuarów. Widząc kobietę w męskiej toalecie wpadają w panikę. Wracając do kabiny: każdy każdemu dał buzi i opuściliśmy to miejsce. Mam nadzieję, że nikt z moich „normalnych” znajomych nas nie widział.
Bawiłyśmy się w SQ do około czwartej, później poszłyśmy po znajomych do Czeksy, w planie był już after w Projekt Lab, kto był ten wie, kto nie, lepiej niech nie zagląda. Wsiadłyśmy do taksy i po chwili byłyśmy już na miejscu. Utargowałyśmy trochę wloty i weszłyśmy. Na wejściu spotkałam A, powód moich niedawnych zmartwień i smutku.

A. był moim tzw. drug friend. Poznałam go na jednym z moich pierwszych afterów. Na początku myślałam, że mnie nie lubi, ale po czasie bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Rozmawialiśmy ze sobą przez telefon parę razy dziennie, wychodziliśmy na imprezy. Potrafił wyciągnąć mnie z domu o pierwszej w nocy, kiedy leżałam już w łóżku z zamiarem niewydostania się stamtąd. Zawsze opiekował się mną, pytał czy wszystko ok, dbał, żebym bezpiecznie wróciła do domu. Wszyscy myśleli, że jest coś między nami, a my śmialiśmy się z tego. Bo naprawdę niczego nie było. Za rękę trzymał mnie tylko na fazie, chyba lubił czuć się wtedy bezpiecznie. Zawsze powtarzał, że trzymanie za rękę jest dla niego bardziej intymne niż całowanie. Najśmieszniejsze jest to, że kiedy wchodziłam w to towarzystwo byłam taka głupiutka i niedoświadczona, że myślałam, że on po prostu jest bardzo wesołym człowiekiem. Zawsze uśmiechnięty, radosny. To sprawiło, że chętnie z nim rozmawiałam i zaufałam mu. Później uświadomiłam sobie, że on po prostu cały czas jest na koksie. Ale mimo to chyba mi się poszczęściło, bo mnie nigdy nie zawiódł, nigdy nie usłyszałam, żeby powiedział komuś coś, czego nie powinien był mówić. Chyba mi się poszczęściło, bo względem niektórych było inaczej. Zawsze powtarzał, żebym się nie martwiła, że mnie z nich wszystkich lubi najbardziej, że mi ufa. Ja zamartwiałam się jednak nie o to, ale o niego.

Kiedyś przez dwa tygodnie funkcjonował bez godziny nawet snu. Potem nagle zniknął. Nie było go na Facebooku, Instagramie, telefon wyłączony. Ile razy próbowałam się dodzwonić?! Brzuch bolał mnie z nerwów, wypytywałam wszystkich, czy nie widzieli go w którymś z klubów. Po dwóch dniach okazało się, że on po prostu poszedł spać.
Poważnie nie dało się z nim porozmawiać o problemie, ponieważ go nie dostrzegał. „Czuję, że mogę wszystko” – mówił. Kojarzycie tę piosenkę „jestem Bogiem”? Tak właśnie o sobie myślał. Jakiś czas temu kontakt nam się urwał. To znaczy on przestał się do mnie odzywać. W klubach widać było, że buzia nie uśmiecha mu się na mój widok, ale ja podchodziłam się przywitać. Bo nie jestem taka. Ciężko jest, kiedy ktoś, z kim rozmawialiście codziennie przez parę godzin nagle zrywa z Wami kontakt i nawet nie wiecie dlaczego. Myślę, że on sam nie wiedział dlaczego, przecież nawet nie on o tym decydował... Z czasem chętniej się ze mną witał.
Teraz kiedy go spotkałam, miał chyba akurat dobry „humor”, zamieniliśmy dwa zdania, powiedziałam „dawno nie rozmawialiśmy”… on przyznał mi rację, chciał coś powiedzieć, że to nie tak, że mnie już nie lubi, że nie o to chodzi. Ale po chwili stwierdził, że „znajdziemy na to czas kiedy indziej”. Nie znajdziemy. Z nim nie ma czasu na poważne rozmowy. Pożegnałam się odeszłam. Kiedyś czułam smutek, kiedy go spotykałam i bolało mnie to, jak mnie traktował, ale teraz uświadomiłam sobie, że to po prostu koniec i nie ma co przeżywać. Później przyniósł mi swoją bluzę pytając, czy nie jest mi zimno. To był żart, bo tak naprawdę nie miał co z nią zrobić. I zostawił mi ją. Powiedziałam „przecież wiesz, że możemy sobie ufać”, - „jasne że wiem” – odpowiedział.  Chciałam wykorzystać każdą chwilę, dopóki mogłam mu coś powiedzieć… „Chcę tylko, żebyś wiedział, że mimo wszystko, przez ten cały czas, nigdy nie powiedziałam o Tobie złego słowa”. Później zamieniliśmy jeszcze parę zdań o tym co się wydarzyło wśród znajomych. O tym jak J. przespała się z kolegą D., z którym była ( była w specyficzny sposób, bo on codziennie zdradzał ją z inną, ale to przecież facet i to się nie liczy…). A A. na początku uważał J. za fałszywą, ja za nią też nie przepadałam. W czasie, kiedy nie mieliśmy kontaktu nagle się z nią zaprzyjaźnił. Teraz wszyscy stracili do niej szacunek, on też. Podobno w stosunku do niego zachowała się „nie w porządku”.
Później powiedział, że przyznaje, że to jego wina, że nie rozmawialiśmy, użył jakiejś metafory ze szkołą… nieważne. Nad ranem na Facebook’u podziękował mi. Ja napisałam wszystko co mi na sercu leży. Myślę, że nie będzie tak jak dawniej, i tak nie będziemy rozmawiać. Zresztą chyba nawet nie chciałabym, bo wiem, że to znowu potrwa parę miesięcy, a później będę to przeżywać. Ale cieszę się z tego spotkania, przynajmniej wiem, że nadal mnie szanuje, że nic złego nie zrobiłam, co mogłoby go do mnie zniechęcić. I może w klubie będziemy się do siebie częściej uśmiechać.

W. próbował się do mnie wprosić na noc. Dziewczyna go zostawiła i nie miał gdzie spać. Dlaczego mnie nie dziwi, że to zrobiła? Chciał mieć chyba każdą dziewczynę na tej imprezie. Jedyne co można o nim dobrego powiedzieć to to, że jest bardzo przystojny i ma fajny, męski głos. Dziesięć razy odmówiłam mu przenocowania go, ale w końcu żal mi się go zrobiło, w dodatku byłam w stanie lekkiej nieważkości i zgodziłam się, uprzedzając, że nic robić nie będziemy. Później na szczęście problem sam się rozwiązał, bo jak wychodziłam z moją przyjaciółką A. z Lab’u, on siedział akurat z jakąś inną dupą, nie miałam zamiaru podchodzić i pytać czy śpi u mnie, uznałam, że może ona go przenocuje. Nad ranem pisał do mnie „gdzie zniknęłaś? Mogę przyjechać?”. Napisałam, że już śpię i wyłączyłam telefon.

Spotkałam też Al. I K. Al. Rzuciła się w wir imprez po zerwaniu z facetem, z którym była kilkanaście lat. Utopi się dziewczyna w tym. Powiedziała, że stwierdza, że bez ćpania nie da się imprezować w tym mieście. „Zależy gdzie”-odpowiedziałam. Później widziałam ją jak wychodzi. Zapytałam, czy idzie do domu, czy na jakiegoś aftera. „I tak, i nie” – odpowiedziała, po czym dostrzegłam, że ciągnie za sobą jakiegoś faceta. Rozmawiałam w tym czasie z K., która miała już wychodzić, ale zaczepiłam ją i przegadałyśmy dwie godziny.

K. poznałam na swojej pierwszej imprezie w Lab’ie. Było jeszcze ciepło, wszyscy siedzieliśmy w ogródku o 7 rano i rozmawialiśmy. K. pracuje dla dużej korporacji, a hobbystycznie zajmuje się dziennikarstwem muzycznym. Do Lab’u przychodzi głównie ze względu na muzykę (której, żeby słuchać, większość osób po prostu musi się naćpać). Odbyłam z nią świetną rozmowę. Przyznała, że od dwóch miesięcy nic nie bierze, ani nawet nie pije, bo gdy próbowała skończyć tylko z dragami nie wyszło jej, bo ledwo wypiła dwa piwka już dawała namówić się na ćpanie. Trzymam za nią kciuki bardzo mocno, chociaż mam wątpliwości czy jej się uda. Myślę, że w takiej sytuacji trzeba definitywnie zmienić towarzystwo, zerwać kontakty. A czy miłość do Lab’owej muzyki nie jest tylko próbą wytłumaczenia swojej obecności tam? Kuszeniem samej siebie?
Podczas tej rozmowy okazało się, że wiele mamy ze sobą wspólnego i wiele łączy nas poglądów, obaw i przemyśleń. Mamy spotkać się w tym tygodniu gdzieś, poza imprezą.

Nie miałam zamiaru iść już nigdzie po Lab’ie(była już 8 rano), ale oczywiście przy wyjściu skusiła mnie M. z jakimiś nowo poznanymi kolegami.
Kojarzyłam ich. Po poprzedniej Lab’ówie w drodze na after do 8b. rozmawiałam z ich super przystojnym, super inteligentnym kolegą. Później jeszcze przed 8b. rozmawialiśmy z półtorej godziny, po czym zapytał mnie „a Ty coś brałaś?” Nie umiem kłamać, więc przyznałam się od razu. Wiecie co zrobił? Poszedł sobie. Zapytałam więc w sobotę jego kolegów wprost, czy on ćpa czy nie ćpa, do cholery. Okazał się, tak jak myślałam (bo byłam 99% pewna, że też był na fazie) pieprzonym hipokrytą.

W 8b. było mało ludzi, posiedzieliśmy tam godzinkę, M. zamówiła taksówkę i pojechałyśmy do domów. Dziesiąta rano. Ciepłe łóżeczko. Spełnienie marzeń.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz