Zgodnie z planem
zaczęło się od domówki u nas. Przyszły moje koleżanki i wspólni znajomi moi i
mojego współlokatora. Start ok. 21, wszyscy w pozytywnych nastrojach. Trochę
popiliśmy, strzeliliśmy parę „selfies” i, tradycyjnie, grupowe zdjęcie. Na
miasto wyruszyliśmy dość wcześnie, właściwie można by powiedzieć, że tym razem
nie była to domówka, a before. Ok. 23:30 zamówiliśmy taksówki i pojechaliśmy do
SQ. Kolejka była ogromna, więc zarządziłam spacer do Opcji, bo znając życie i
tak za chwilę ktoś wpadłby na pomysł, żeby opuścić SQ (ostatnio klub zalicza
spadek formy) i przenieść się tam.
Opcja chyba zyskała ostatnio dobrą sławę, bo kolejka była jeszcze większa
niż w SQ - od drzwi wejściowych po samą bramę. Zwinęłam więc najlepszą
przyjaciółkę, której wszystko było już jedno, do Czekolady, gdzie weszłyśmy bez
kolejki. Na dole jak zwykle pełno ludzi, większość młodziaków. Do góry trochę
lepiej. Ze znajomych, byli tylko pracownicy klubu. Wypiłyśmy parę piw,
potańczyłyśmy, ale ja nie miałam za dużo energii. Jak zwykle w imprezowym amoku
zaczęło się szukanie znajomych, którzy mogliby „coś” mieć. Daleko szukać nie
trzeba było, M. czekała na nas w SQ. Miałyśmy być za 15 minut, ale oczywiście
po drodze musiałyśmy zahaczyć o milion pięćset sto dziewięćset miejsc (każdy,
kto kiedykolwiek czekał na pijanych znajomych, wie doskonale o czym mówię, 15
minut zawsze trwa co najmniej godzinę). Wciągnęłyśmy pizzę w jednej z knajpek.
Tam też mamy już znajomych. W końcu ruszyłyśmy się do SQ, drogi dokładnie nie
pamiętam, wiem tylko, że dzwoniła do mnie W. A może to ja dzwoniłam do niej?
Mówiła, że wraca właśnie do domu, co dla nas było oczywiście ogromnym
zaskoczeniem, no bo jak można kończyć imprezę chwilę po drugiej w nocy?! Widać
niektórzy mogą. Ale nie my. W SQ nie było już kolejki, choć w środku wciąż
spory tłum. Za szatnię nie płacimy. Szybko znalazłyśmy M. w damskiej toalecie.
Wszystko co miała zdążyła już wziąć sama, ale zaraz skombinowała coś nowego. W
pakiecie z kolegą. Widzieliście kiedyś grupę mieszaną wchodzącą do damskiej, a
częściej do męskiej toalety? Na pewno tak. Nie, oni nie chodzą tam wszyscy
razem na siku. Na seks też raczej nie (chociaż, kto wie?) Wchodząc wpadłam na
A. „Ooooj, Kochana!” – pogroził mi palcem. Hipokryta. Spotkałam go jeszcze
później w damskiej łazience, gdzie przyszedł ze swoją nową „dziewczyną”. On podobno
nie bierze nic od trzech tygodni (ale sukces…) A dziewczynę poznał dwa tygodnie
temu i jest z nią jeden dzień. Brzydka jak noc. A on… więcej niż idealne ciało,
ładna twarz i bardzo dobre wychowanie. Co te narkotyki robią z ludźmi…
Odbierają wzrok? Takich osób najbardziej mi szkoda. Chłopak mógłby bardzo wiele
osiągnąć. Z jego twarzą i ciałem może bez problemu reklamować bieliznę CK. Ale
zamiast tego, zatraca się co weekend w klubach, olewając zajęcia na uczelni.
Zamieniłam z nim parę zdań. Jak zwykle włączyły mi się „dobre rady naćpanej
koleżanki o tym, jak nie ćpać”.
Cztery osoby w jednej kabinie wcale nie wyglądają podejrzanie… Najbardziej
bawi mnie wzrok kolesi, którzy akurat sikają do pisuarów. Widząc kobietę w
męskiej toalecie wpadają w panikę. Wracając do kabiny: każdy każdemu dał buzi i
opuściliśmy to miejsce. Mam nadzieję, że nikt z moich „normalnych” znajomych
nas nie widział.
Bawiłyśmy się w SQ do około czwartej, później poszłyśmy po znajomych do
Czeksy, w planie był już after w Projekt Lab, kto był ten wie, kto nie, lepiej
niech nie zagląda. Wsiadłyśmy do taksy i po chwili byłyśmy już na miejscu.
Utargowałyśmy trochę wloty i weszłyśmy. Na wejściu spotkałam A, powód moich
niedawnych zmartwień i smutku.
A. był moim tzw. drug friend. Poznałam go na jednym z moich pierwszych
afterów. Na początku myślałam, że mnie nie lubi, ale po czasie bardzo się
zaprzyjaźniliśmy. Rozmawialiśmy ze sobą przez telefon parę razy dziennie, wychodziliśmy
na imprezy. Potrafił wyciągnąć mnie z domu o pierwszej w nocy, kiedy leżałam
już w łóżku z zamiarem niewydostania się stamtąd. Zawsze opiekował się mną,
pytał czy wszystko ok, dbał, żebym bezpiecznie wróciła do domu. Wszyscy
myśleli, że jest coś między nami, a my śmialiśmy się z tego. Bo naprawdę niczego
nie było. Za rękę trzymał mnie tylko na fazie, chyba lubił czuć się wtedy
bezpiecznie. Zawsze powtarzał, że trzymanie za rękę jest dla niego bardziej
intymne niż całowanie. Najśmieszniejsze jest to, że kiedy wchodziłam w to
towarzystwo byłam taka głupiutka i niedoświadczona, że myślałam, że on po
prostu jest bardzo wesołym człowiekiem. Zawsze uśmiechnięty, radosny. To
sprawiło, że chętnie z nim rozmawiałam i zaufałam mu. Później uświadomiłam sobie,
że on po prostu cały czas jest na koksie. Ale mimo to chyba mi się
poszczęściło, bo mnie nigdy nie zawiódł, nigdy nie usłyszałam, żeby powiedział
komuś coś, czego nie powinien był mówić. Chyba mi się poszczęściło, bo względem
niektórych było inaczej. Zawsze powtarzał, żebym się nie martwiła, że mnie z
nich wszystkich lubi najbardziej, że mi ufa. Ja zamartwiałam się jednak nie o
to, ale o niego.
Kiedyś przez dwa tygodnie funkcjonował bez godziny nawet snu. Potem nagle
zniknął. Nie było go na Facebooku, Instagramie, telefon wyłączony. Ile razy
próbowałam się dodzwonić?! Brzuch bolał mnie z nerwów, wypytywałam wszystkich,
czy nie widzieli go w którymś z klubów. Po dwóch dniach okazało się, że on po
prostu poszedł spać.
Poważnie nie dało się z nim porozmawiać o problemie, ponieważ go nie
dostrzegał. „Czuję, że mogę wszystko” – mówił. Kojarzycie tę piosenkę „jestem
Bogiem”? Tak właśnie o sobie myślał. Jakiś czas temu kontakt nam się urwał. To
znaczy on przestał się do mnie odzywać. W klubach widać było, że buzia nie
uśmiecha mu się na mój widok, ale ja podchodziłam się przywitać. Bo nie jestem
taka. Ciężko jest, kiedy ktoś, z kim rozmawialiście codziennie przez parę
godzin nagle zrywa z Wami kontakt i nawet nie wiecie dlaczego. Myślę, że on sam
nie wiedział dlaczego, przecież nawet nie on o tym decydował... Z czasem
chętniej się ze mną witał.
Teraz kiedy go spotkałam, miał chyba akurat dobry „humor”, zamieniliśmy dwa
zdania, powiedziałam „dawno nie rozmawialiśmy”… on przyznał mi rację, chciał
coś powiedzieć, że to nie tak, że mnie już nie lubi, że nie o to chodzi. Ale po
chwili stwierdził, że „znajdziemy na to czas kiedy indziej”. Nie znajdziemy. Z
nim nie ma czasu na poważne rozmowy. Pożegnałam się odeszłam. Kiedyś czułam smutek,
kiedy go spotykałam i bolało mnie to, jak mnie traktował, ale teraz
uświadomiłam sobie, że to po prostu koniec i nie ma co przeżywać. Później
przyniósł mi swoją bluzę pytając, czy nie jest mi zimno. To był żart, bo tak
naprawdę nie miał co z nią zrobić. I zostawił mi ją. Powiedziałam „przecież
wiesz, że możemy sobie ufać”, - „jasne że wiem” – odpowiedział. Chciałam wykorzystać każdą chwilę, dopóki
mogłam mu coś powiedzieć… „Chcę tylko, żebyś wiedział, że mimo wszystko, przez
ten cały czas, nigdy nie powiedziałam o Tobie złego słowa”. Później
zamieniliśmy jeszcze parę zdań o tym co się wydarzyło wśród znajomych. O tym
jak J. przespała się z kolegą D., z którym była ( była w specyficzny sposób, bo
on codziennie zdradzał ją z inną, ale to przecież facet i to się nie liczy…). A
A. na początku uważał J. za fałszywą, ja za nią też nie przepadałam. W czasie,
kiedy nie mieliśmy kontaktu nagle się z nią zaprzyjaźnił. Teraz wszyscy
stracili do niej szacunek, on też. Podobno w stosunku do niego zachowała się „nie
w porządku”.
Później powiedział, że przyznaje, że to jego wina, że nie rozmawialiśmy,
użył jakiejś metafory ze szkołą… nieważne. Nad ranem na Facebook’u podziękował
mi. Ja napisałam wszystko co mi na sercu leży. Myślę, że nie będzie tak jak
dawniej, i tak nie będziemy rozmawiać. Zresztą chyba nawet nie chciałabym, bo
wiem, że to znowu potrwa parę miesięcy, a później będę to przeżywać. Ale cieszę
się z tego spotkania, przynajmniej wiem, że nadal mnie szanuje, że nic złego
nie zrobiłam, co mogłoby go do mnie zniechęcić. I może w klubie będziemy się do
siebie częściej uśmiechać.
W. próbował się do mnie wprosić na noc. Dziewczyna go zostawiła i nie miał
gdzie spać. Dlaczego mnie nie dziwi, że to zrobiła? Chciał mieć chyba każdą
dziewczynę na tej imprezie. Jedyne co można o nim dobrego powiedzieć to to, że
jest bardzo przystojny i ma fajny, męski głos. Dziesięć razy odmówiłam mu
przenocowania go, ale w końcu żal mi się go zrobiło, w dodatku byłam w stanie
lekkiej nieważkości i zgodziłam się, uprzedzając, że nic robić nie będziemy.
Później na szczęście problem sam się rozwiązał, bo jak wychodziłam z moją
przyjaciółką A. z Lab’u, on siedział akurat z jakąś inną dupą, nie miałam
zamiaru podchodzić i pytać czy śpi u mnie, uznałam, że może ona go przenocuje.
Nad ranem pisał do mnie „gdzie zniknęłaś? Mogę przyjechać?”. Napisałam, że już
śpię i wyłączyłam telefon.
Spotkałam też Al. I K. Al. Rzuciła się w wir imprez po zerwaniu z facetem,
z którym była kilkanaście lat. Utopi się dziewczyna w tym. Powiedziała, że
stwierdza, że bez ćpania nie da się imprezować w tym mieście. „Zależy
gdzie”-odpowiedziałam. Później widziałam ją jak wychodzi. Zapytałam, czy idzie
do domu, czy na jakiegoś aftera. „I tak, i nie” – odpowiedziała, po czym
dostrzegłam, że ciągnie za sobą jakiegoś faceta. Rozmawiałam w tym czasie z K.,
która miała już wychodzić, ale zaczepiłam ją i przegadałyśmy dwie godziny.
K. poznałam na swojej pierwszej imprezie w Lab’ie. Było jeszcze ciepło,
wszyscy siedzieliśmy w ogródku o 7 rano i rozmawialiśmy. K. pracuje dla dużej
korporacji, a hobbystycznie zajmuje się dziennikarstwem muzycznym. Do Lab’u
przychodzi głównie ze względu na muzykę (której, żeby słuchać, większość osób
po prostu musi się naćpać). Odbyłam z nią świetną rozmowę. Przyznała, że od
dwóch miesięcy nic nie bierze, ani nawet nie pije, bo gdy próbowała skończyć
tylko z dragami nie wyszło jej, bo ledwo wypiła dwa piwka już dawała namówić
się na ćpanie. Trzymam za nią kciuki bardzo mocno, chociaż mam wątpliwości czy
jej się uda. Myślę, że w takiej sytuacji trzeba definitywnie zmienić
towarzystwo, zerwać kontakty. A czy miłość do Lab’owej muzyki nie jest tylko
próbą wytłumaczenia swojej obecności tam? Kuszeniem samej siebie?
Podczas tej rozmowy okazało się, że wiele mamy ze sobą wspólnego i wiele
łączy nas poglądów, obaw i przemyśleń. Mamy spotkać się w tym tygodniu gdzieś,
poza imprezą.
Nie miałam zamiaru iść już nigdzie po Lab’ie(była już 8 rano), ale
oczywiście przy wyjściu skusiła mnie M. z jakimiś nowo poznanymi kolegami.
Kojarzyłam ich. Po poprzedniej Lab’ówie w drodze na after do 8b.
rozmawiałam z ich super przystojnym, super inteligentnym kolegą. Później
jeszcze przed 8b. rozmawialiśmy z półtorej godziny, po czym zapytał mnie „a Ty
coś brałaś?” Nie umiem kłamać, więc przyznałam się od razu. Wiecie co zrobił?
Poszedł sobie. Zapytałam więc w sobotę jego kolegów wprost, czy on ćpa czy nie
ćpa, do cholery. Okazał się, tak jak myślałam (bo byłam 99% pewna, że też był
na fazie) pieprzonym hipokrytą.
W 8b. było mało ludzi, posiedzieliśmy tam godzinkę, M. zamówiła taksówkę i
pojechałyśmy do domów. Dziesiąta rano. Ciepłe łóżeczko. Spełnienie marzeń.